Wierność, która wynika z miłości

Drodzy uczestnicy uroczystości pogrzebowych!

Gromadzimy się przy trumnie człowieka nieprzeciętnego, a nawet niezwykłego. Dla jednych krewny, dla innych współbrat, kolega kursowy, czy po prostu kolega, dla jeszcze innych przełożony, a dla kogoś spowiednik, kierownik duchowy, duszpasterz, misjonarz… Dla każdego: człowiek!

Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do jego obecności, że długo nie mogliśmy się otrząsnąć z tej smutnej, porażającej jak piorun wiadomości, że umarł.  Nagle: między jednym, a drugim uderzeniem serca. Między jednym a drugim stukotem kół pociągu. W sumie nie wiadomo co lepsze: z jednej strony oszczędzone mu zostały te wszystkie raki, onkologie i hospicja, a z drugiej przecież się modlimy, żeby od nagłej i niespodziewanej nas zachował…

Umarł gdzieś. Nie wiadomo gdzie, pomiędzy Wrocławiem, a Warszawą. Wbrew sobie dojechał aż do Olsztyna! Umarł sam. Wśród obcych ludzi, słysząc pewnie strzępki ich rozmów. Na pewno były to rozmowy o życiu, bo raczej takie toczy się zwykle w pociągu. Czy dawał jakieś znaki, że potrzebuje pomocy, czy nawet na to nie miał już siły? Umarł w drodze na swoje kapłańskie rekolekcje. Pilnował ich z gorliwością Nowicjusza. Pewnie od wstąpienia do Nowicjatu nie opuścił żadnych. Przypuszczam też, że nie opuścił żadnej godziny brewiarzowej, żadnego różańca, nie mówiąc już o mszy świętej! Taki był! Liczył, że podczas tych rekolekcji będzie miał okazję do głębszej modlitwy, do bardziej osobistego spotkania z Nim, tymczasem On go uprzedził. Raz jeszcze potwierdził, że choćbyśmy nie wiadomo jak polepszyli swoją wiedzę o życiu, choćbyśmy nie wiem ile się dowiedzieli, tego jednego wiedzieć nie będziemy nigdy: kiedy? Przyjdzie jak złodziej w nocy, który raczej nie ma w zwyczaju uprzedzać o swoich wizytach.

Znając ks. Kazimierza mamy nadzieję, graniczącą z pewnością, że był na to spotkanie przygotowany. Że jednak dojechał dużo dalej. Że jego końcowa stacja jest zupełnie gdzie indziej niż końcowa stacja pociągu relacji Wrocław – Olsztyn. Że naprawdę aniołowie zabrali go do raju. Archaniołowie!

Co nam najbardziej zapadnie w pamięci po tym człowieku? Może charakterystyczny gest poruszania okularami i przesadnej gestykulacji? Może szczery, choć z pozoru jakby ironiczny uśmiech? Może fraza, którą klerycy z jego rektorskich czasów słyszeli setki razy: „nie mówię ci tak, nie mówię ci nie, przyjdź jutro”. Och, jak nas to denerwowało! Ale pewnie potem, nieraz doceniliśmy wartość rozwagi, namysłu, przekonaliśmy się, że rewolucjoniści wcale nie pomagają światu i że pośpiech, a bardziej jeszcze porywczość i gwałtowność nie są cechami mędrców.

Każdemu kto go znał, coś tam w zostanie… Chciałbym, żeby nam Pallotynom pozostała w pamięci serca jego pallotyńskość. Miłość do tego charyzmatu i wynikająca z tej miłości – wierność. Nie można być wiernym, nie kochając. Ks. Kazimierz nie był Pallotynem z etykiety. Był nim z serca. Z przekonania. Słowa naszej konsekracji nie były dla niego bezznaczącym dźwiękiem. Były istotne. Na przykład słowo: ubóstwo. Był uczciwy do przesady. Jeden szczegół. Kilka razy mówił: nie mam konta w banku, ale w razie…, to u mnie w pokoju jest koperta. Już po śmierci, ks. rektor znalazł w jego pokoju kopertę z kartką: w razie (i trzy kropki), a w kopercie pieniądze z intencją: na cele charytatywne. Tak samo słowo: posłuszeństwo. Był posłuszny do przesady. Jeden szczegół: po powrocie z Meksyku zapytałem: dokąd Ksiądz chce iść?

Zdziwił się tym pytaniem. Dokąd mnie prowincjał pośle. Tak samo duch służby. Służył do przesady. Jeden szczegół: 25 marca 2011 roku, dzień, w którym przestał być prowincjałem.  Uprzedził moje pytanie: chciałbym pojechać do Meksyku, tam, chyba teraz najbardziej kogoś potrzeba. Żadne ze słów pallotyńskiej konsekracji nie było dla niego dźwiękiem. Każde było słowem. Każde było istotne. Dobrze, żeby to nam zostało. Dobrze, żeby to nas nawróciło. Bo od niczego bardziej nie zależy przyszłość i jakość Pallotynów, niż właśnie od tego! Dlatego tym bardziej nam go szkoda. Dlatego tym bardziej będzie nam go brak!

Wierzę, że będzie się nami opiekował stamtąd. Że będzie się za nami wstawiał, że będzie pomagał, podpowiadał, że się zatroszczy. A gdy i my wysiądziemy z tego naszego pociągu na jego końcowej stacji, wówczas przywita nas na peronie. Smutna jest ta jego śmierć. Bardzo smutna.

Księże Kazimierzu. Księże Kaziu: dziękuję! Tyle ode mnie. Teraz oddajmy głos jemu. Oto jego Testament: „Bogu w Trójcy Przenajświętszej Jedynemu, który jest Miłością Miłosierną, który się objawił jako Ojciec, Syn i Duch Święty, niech będzie chwała i dziękczynienie za wszystkie dary, które stały się moim udziałem. Dziękuję w szczególności za dar życia na tym właśnie etapie dziejów rodziny ludzkiej, za dar bycia chrześcijaninem, za Rodzinę naturalną i Rodzinę pallotyńską. Dziękuję za dar powołania kapłańskiego, który tak hojnie rozlał się w mojej Rodzinie. Dziękuję za wszystkich, których spotkałem na drogach mojego życia. Przepraszam Miłość Miłosierną za grzeszność i niedoskonałość mojej odpowiedzi, za małostkowość mojego daru z siebie. Przepraszam Braci i Siostry, którzy stanęli na szlakach mej pielgrzymki życiowej, za to, że – zamiast być darem – stawałem się przeszkodą na drodze waszego pielgrzymowania. Przepraszam i proszę o wybaczenie moich win. Proszę Boga, który jest Miłością Miłosierną o darowanie urazów, które nosiłem i żywiłem względem moich bliźnich. Proszę najbliższych o trwanie w wierności Chrystusowi w Jego Kościele. Proszę o chrześcijański uczynek modlitwy w mej intencji. Niech Wam Wszystkim błogosławi Bóg, Miłość Miłosierna. Jezu ufam Tobie! Matko Miłosierdzia, Królowo Apostołów, módl się za nami. Wszyscy Święci i Święte Boże – przyczyńcie się za nami. Ps. Wszystko, co pozostaje po mnie, należy do Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego, do decyzji przełożonych. Rzym, 2 lutego 2002 roku, Dzień Życia Konsekrowanego. Ks. Kazimierz Czulak SAC”.